Nowy Rok 2015

W nowym roku czas na zmiany:). Mój obecny blog oczywiście zostaje, ale zmienia wygląd na bloga fotograficznego. Będzie więcej zdjęć i trochę mniej tekstów. Mam nadzieję, że uda mi się sprawę ogarnąć technicznie. Ale to nie jedyne zmiany. Równolegle rusza mój drugi blog, którego treścią będzie szkolenie psów. Tematem będzie obejmował bliskie mi dyscypliny: poszukiwanie górnym wiatrem oraz tropienie.

img_1261

Gdzie nas nogi i łapy poniosą – bliskie wyprawy w święta.

Dostaję maila – „brakuje nam twoich wpisów” i robi mi się wstyd. W każdy wolny weekend przecież wyjeżdżamy na wycieczki za miasto, ale brakuje czasu na ich opisywanie. Po za tym martwię się, że te nasze wyprawy są trochę nudne – bo coraz bardziej przypominają długie spacery. Od nowego roku zmienię nieco charakter bloga… . Dziś jednak kilka słów o świątecznych wypadach, o tym jak bawiliśmy się w kotka i myszkę z zimą:). W przedświąteczny weekend pojechałyśmy na spacer do Sobieszewa. Klasyczna runda po Ptasim Raju „szlakiem kaczki”. Oczywiście nie tej na świątecznym stole. Wiało okropnie. Było szaro i smutno, a do tego padał deszcz. W sobotę po świętach pojechałyśmy do Kłodna, a tam przywitała nas zima. Drzewa uginały się pod naporem śniegu. Bardzo żałowałam, że nie wzięłyśmy biegówek. W niedzielę pojechałyśmy ponownie na wyspę sobieszowską, tym razem do Świbna. Zima tam jeszcze nie dotarła. Lekko prószył śnieg, ale silnie wiało. Nie dotarłyśmy niestety na plażę bo brzeg wału rzeki był zalany. A w poniedziałek rano zima dotarła z kaszub do Gdańska, odkurzyłam narty i zaliczyłam pierwszy bieg w towarzystwie Loba i Didi.

Gdzie nas nogi i łapy poniosą – Bieszczady i Ojcowski Park Narodowy

Po wakacjach i najcudowniejszych na świecie weekendach spędzonych w „Szariku” wracamy do sobotnio-niedzielnych  wycieczek z psami, które zainaugurowane zostały naszym dwutygodniowym urlopem w Bieszczadach i okolicach Ojcowa. Tydzień w Bieszczadach spędziłyśmy w agroturystyce „Leśne Berdo” w Przysłupiu. To była nasza baza noclegowa i początek górskich wypadów. Z mapą codziennie opracowywałyśmy wycieczkę. Długość szlaków trzeba było dostosować do możliwości Loba. Niestety dwukrotnie byłyśmy zmuszone zawrócić, ponieważ było bardzo ciepło i psy zostawały coraz bardziej w tyle. Miałyśmy też stracha, bo niedźwiedzie w Bieszczadach to nie bajki, a psy na pewno  zachowałyby się w sposób prowokujący drapieżnika do agresji. Po tygodniu spędzonym na górskich bezdrożach pojechałyśmy do Ojcowa. Po przygodach związanych ze znalezieniem noclegu zamieszkałyśmy w bardzo przytulnym pokoju „Pokoje gościnne u Grażyny”. Powiedzmy sobie szczerze to był tydzień na miarę możliwości naszych psów. Krótkie, choć zróżnicowane trasy wycieczek i żadnych niedźwiedzi, wilków, jeleni  – czyli leśnych przyjaciół, którzy prowokują nasze psy do irracjonalnych zachowań na smyczy. Miałyśmy się też okazję przejechać się bryczką. Bardzo sympatyczny pan woźnica zgodził się zawieźć nas na początek oddalonego szlaku. Didi była zupełnie wyluzowana, to przecież normalne że psy jeżdżą konno, Lena wtuliła się w Asię, a Lobo – Lobo był w szoku:) i nie omieszkał oszczekać konia jak już wysiedliśmy i dobrze go zobaczył. Mimo, że „dosiadł” swojego największego wroga, w bryczce zachowywał się bardzo grzecznie.

Seminarium „Ratownictwo sportowe”

Ogromnie się cieszę, że nasze seminarium spotkało się z odzewem. Właściwie w ciągu dwóch dni miałyśmy skompletowaną listę uczestników. Teraz czeka nas ciężka robota, bo bardzo nam zależy, żeby seminarium było przeprowadzone na wysokim poziomie. Szukamy idealnej lokalizacji, wygodnej sali i kujemy:) Nie dlatego, że musimy się teraz wszystkiego nauczyć, ale chcemy przypomnieć sobie podstawy,  doszlifować szczegóły, przeanalizować możliwe trudności. Dużo pracy przed nami, ale już myślimy o kolejnych seminariach.

Biegam!

Od kilku tygodni biegam już pół godziny bez przerwy:). A zaczynałam we wrześniu od minuty. Nie będę ściemniać, lekko mi nie jest, ale na razie wciąż mi się chce:) A psy? Dają radę, a jak nie dają to biegam sama (choć bardzo tego nie lubię).

Gdzie nas nogi i łapy poniosą – Sulęczyno/Kłodno.

W sobotę wyruszyłam na, samotną tym razem, wycieczkę do Kłodna. No może nie zupełnie samotną bo w towarzystwie Didi, Loba i Leny. Z Lobem na pasie do dogtrekingu, Leną na flexi i Didi „luzem” postanowiłam trochę zmienić naszą stałą trasę wędrując koło dużego gospodarstwa wiejskiego i dalej lasem. Już jakieś sto metrów przed zabudowaniami, biegiem wialiśmy przed zgrają psów pilnujących gospodarstwa. Pomysł innowacji trasy okazał się nietrafiony. Między domkami letniskowymi doszliśmy do naszej starej trasy i skierowaliśmy się prosto nad jezioro. Drogą nad jeziorem wróciliśmy do samochodu. Po dwóch godzinach przechadzki psy zasnęły w samochodzie kamiennym snem, ja napiłam się herbaty i całą drogę gryzłam miętówki, żeby nie pójść w ich ślady. Kłodno odwiedzamy często, ale mam nadzieję, że następnym razem będzie śnieg, a może jeszcze lepiej małe zielone listki:)

Gdzie nas łapy i narty poniosą.

W sobotę Orkan Ksawery ostudził nasze chęci wyjazdu za miasto. W końcu chodziło też o bezpieczeństwo. Ponieważ jednak w południe zaczęło się przejaśniać spakowałyśmy narty i psy do samochodu i chwilę później już szusowałyśmy w lesie. No właśnie, narty biegowe to sport który porwał mnie kilka lat temu, ale różnie bywało z realizacją tej pasji. Trzy lata temu byłyśmy w Jakuszycach – to serce narciarstwa biegowego w Polsce. Było fantastycznie, choć bardzo tłoczno, ale i tak fantastycznie. No i w tym roku zawzięłam się, skompletowałam sprzęt i czekam na zimę. A orkan był tak miły, że trochę tego śniegu nam przywiał. Poszłyśmy więc poszusować. Najpierw powoli wspinałyśmy się na górkę, a szalejący Lobo padał na ścieżce na plecy i turlał się w dół, prosto na nas. Potem kawałek po prostej. Lobo pobiegł tropem zwierząt i przepadł na kilka minut, wrócił potwornie zmęczony i niestety kulejący (ma jakieś kłopoty z łapką, zwłaszcza jak ją przeciąży), także trzeba było wracać, bo co to za przyjemność szusować dalej z kulawym psem. Asia była zadowolona z powrotu, bo zrobiła się potwornie głodna. Okazało się jednak, że najgorsze przed nami – zjazd! No to zjeżdżamy w dół i to wcale nie na nogach, ale trochę na plecach, trochę na tyłku, trochę na brzuchu, w końcu udało mi się uwolnić z nart (tzn wypiąć) i bezpiecznie zejść. Muszę poczytać o technice zjazdu na biegówkach! Pokonałyśmy, no … pewnie ze trzy kilometry:), ale za to aż w dwie godziny. Po powrocie do domu pieski padły wyczerpane, a my obolałe poszłyśmy na zakupy.

Czasem trzeba się wygadać! Mam trzy psy – czy jestem świrem?

Nie mam dużo czasu, więc nie będę wertować słowników i encyklopedii w bibliotekach, zdam się na Internet i powszechnie używaną Wikipedię. Nawet jeśli jest tam sporo błędów to jako laik w temacie świrów i tak ich nie wyłapię, więc trzymam się „Wiki”.

Czy według Wikipedii jestem świrem?

Świr to osoba obłędna; niezrównoważona psychicznie.

Muszę szukać dalej, bo to wyjaśnia niewiele. Sprawa zaczyna się komplikować. Definicja obłędu, inaczej zaburzeń urojeniowych brzmi wybiórczo tak: usystematyzowane urojenia, najczęściej prześladowcze i oddziaływania, rzadziej wielkościowe lub inne. Omamy występują sporadycznie, struktura osobowości jest zachowana.

Paranoja – w chorobie tej doznawane przez chorego urojenia są na tyle prawdopodobne, że otoczenie traktuje to raczej jako cechę charakteru, niż chorobę. Można pokusić się o stwierdzenie, że każdy zna jakąś osobę, która ma pewne poglądy nie oparte na żadnych przesłankach, które podzielałoby otoczenie i w tych poglądach jest niewzruszona. Choć wszyscy wokół uważają, że poglądy tej osoby są niezwykłe, to jednak wskutek częstego faktu, że człowiek ten właściwie wypełnia swoje role społeczne (pracownika, ojca/matki, kolegi itp.) urojenia paranoiczne nie są uważane przez innych za chorobowe.

To mi jakoś kompletnie nie pasuje do faktu posiadania trzech psów, zwłaszcza bez wygłaszania poglądów na ten temat. Osobiście rozjaśniło mi trochę zachowanie pewnego posła, który bardzo aktywnie wyjaśnia „przyczyny” katastrofy lotniczej w Smoleńsku.

Kolejna definicja osoba niezrównoważona psychicznie, tu Wikipedia z uporem odsyła mnie do innej definicji zaburzenia psychiczne.

Zaburzenia psychiczne – utrudnienia funkcjonowania społecznego lub psychicznego jednostki, noszące znamiona cierpienia, zlokalizowane wokół objawu osiowego (główny objaw choroby – zgapa.pl). Posiadają określoną dynamikę, etiologię, patogenezę, symptomatykę. Pojęcie zaburzenia wiąże się z pojęciami zdrowia psychicznego, normalności zachowania oraz jego patologii. Określenie granic normalności jest często zbędne, oraz zwykle bardzo trudne.

Trudne, może pomogą przykłady zaburzeń psychicznych:

- zaburzenia organiczne (czasem boli mnie głowa…, ale bez przesady)

- zaburzenia spowodowane używaniem środków psychoaktywnych – na 100% odpada

- schizofrenia – nie!

- zaburzenia nastroju, czasem się wkurzę, ale w granicach normy, ogólnie jestem pogodna

- bulimia, lęki, upośledzenie umysłowe, zaburzenia osobowości, autyzm, ADHD – to wszystko nie to, ale…

- zaburzenia psychiczne bliżej nieokreślone – O KURCZE!!!

 

Czyli jednak ludzie mają rację, jestem świrem, ale na szczęście chyba nieszkodliwym.

Kocham moje psy. Karmię je, leczę, szkolę. Są przyjazne i nieagresywne, ciche. Sprzątam po nich. Dwa psy mogę śmiało powiedzieć adoptowałam, bo właściciele zapomnieli, że o psa trzeba dbać, a trzeciego szkoliłam nie tylko dla siebie ale też dla dobra społeczeństwa:).

Tak więc, drodzy sędziowie wariactwa:

„I kaftan bezpieczeństwa powinien być na miarę szaleństwa” Stanisław Jerzy Lec

 

Trening Trufli

Pomyślałam, że nie będę pisać sprawozdania z każdego treningu Trufli (zanudziłabym siebie i czytelników:)), ale postaram się co miesiąc streścić co się wydarzyło. Właśnie mija pierwszy miesiąc naszych treningów. Spotkania miały miejsce w niedziele i poniedziałki. Po dzisiejszym szkoleniu mam poczucie, że udało nam się wypracować program optymalnego wykorzystania czasu, w ciągu dwóch godzin, cztery psy mają po dwa ćwiczenia. Mimo, że układamy łatwe ćwiczenia, psy są często po pracy zmęczone. Ja jestem bardzo zadowolona, cieszy mnie, że Didi dobrze się bawi, że na treningi przychodzą inni przewodnicy, że ci przewodnicy to moje dobre przyjaciółki, z którymi rewelacyjnie spędzam czas, bo zawsze mamy też chwilę na plotki. Psy pracują doskonale, pewnie w dużej mierze dlatego, że nie ma presji. Bez trudu odszukują pozorantów i ich oznaczają, nawet 12 letnia Mi, która ma już trochę problemów z poruszaniem się „gna” do pozoranta. Wiola z Sagą miały 6-letnią przerwę w pracy „węchowej” – pracują jakby cały czas były na procesie, Saga lokalizuje z zapałem, oszczekuje i jest bardzo podniecona poszukiwaniami. Lobuś i Lenka czasem też uczestniczą w treningach, ale choć Asia jest dobrej myśli, że się jeszcze nauczą, ja wolę jak zostają w domu:).  Sprzyjała nam pogoda, październik był bardzo ciepły. Oby tak dalej:)

Krótka fotorelacja z minionych treningów.