Gdzie nas nogi i łapy poniosą – bliskie wyprawy w święta.

Dostaję maila – „brakuje nam twoich wpisów” i robi mi się wstyd. W każdy wolny weekend przecież wyjeżdżamy na wycieczki za miasto, ale brakuje czasu na ich opisywanie. Po za tym martwię się, że te nasze wyprawy są trochę nudne – bo coraz bardziej przypominają długie spacery. Od nowego roku zmienię nieco charakter bloga… . Dziś jednak kilka słów o świątecznych wypadach, o tym jak bawiliśmy się w kotka i myszkę z zimą:). W przedświąteczny weekend pojechałyśmy na spacer do Sobieszewa. Klasyczna runda po Ptasim Raju „szlakiem kaczki”. Oczywiście nie tej na świątecznym stole. Wiało okropnie. Było szaro i smutno, a do tego padał deszcz. W sobotę po świętach pojechałyśmy do Kłodna, a tam przywitała nas zima. Drzewa uginały się pod naporem śniegu. Bardzo żałowałam, że nie wzięłyśmy biegówek. W niedzielę pojechałyśmy ponownie na wyspę sobieszowską, tym razem do Świbna. Zima tam jeszcze nie dotarła. Lekko prószył śnieg, ale silnie wiało. Nie dotarłyśmy niestety na plażę bo brzeg wału rzeki był zalany. A w poniedziałek rano zima dotarła z kaszub do Gdańska, odkurzyłam narty i zaliczyłam pierwszy bieg w towarzystwie Loba i Didi.

Gdzie nas nogi i łapy poniosą – Bieszczady i Ojcowski Park Narodowy

Po wakacjach i najcudowniejszych na świecie weekendach spędzonych w „Szariku” wracamy do sobotnio-niedzielnych  wycieczek z psami, które zainaugurowane zostały naszym dwutygodniowym urlopem w Bieszczadach i okolicach Ojcowa. Tydzień w Bieszczadach spędziłyśmy w agroturystyce „Leśne Berdo” w Przysłupiu. To była nasza baza noclegowa i początek górskich wypadów. Z mapą codziennie opracowywałyśmy wycieczkę. Długość szlaków trzeba było dostosować do możliwości Loba. Niestety dwukrotnie byłyśmy zmuszone zawrócić, ponieważ było bardzo ciepło i psy zostawały coraz bardziej w tyle. Miałyśmy też stracha, bo niedźwiedzie w Bieszczadach to nie bajki, a psy na pewno  zachowałyby się w sposób prowokujący drapieżnika do agresji. Po tygodniu spędzonym na górskich bezdrożach pojechałyśmy do Ojcowa. Po przygodach związanych ze znalezieniem noclegu zamieszkałyśmy w bardzo przytulnym pokoju „Pokoje gościnne u Grażyny”. Powiedzmy sobie szczerze to był tydzień na miarę możliwości naszych psów. Krótkie, choć zróżnicowane trasy wycieczek i żadnych niedźwiedzi, wilków, jeleni  – czyli leśnych przyjaciół, którzy prowokują nasze psy do irracjonalnych zachowań na smyczy. Miałyśmy się też okazję przejechać się bryczką. Bardzo sympatyczny pan woźnica zgodził się zawieźć nas na początek oddalonego szlaku. Didi była zupełnie wyluzowana, to przecież normalne że psy jeżdżą konno, Lena wtuliła się w Asię, a Lobo – Lobo był w szoku:) i nie omieszkał oszczekać konia jak już wysiedliśmy i dobrze go zobaczył. Mimo, że „dosiadł” swojego największego wroga, w bryczce zachowywał się bardzo grzecznie.

Gdzie nas nogi i łapy poniosą – wiosna/lato/jesień w Borsku.

Na okres lata i wczesnej jesieni zawieszam cykl „Gdzie nas łapy i nogi poniosą”. Ani mi się śni oczywiście siedzieć w domu czy plątać po mieście. Każdy wolny weekend będę spędzać w wynajmowanym, domku letniskowym. Domek nazywa się „Szarik” (to kompletny zbieg okoliczności i nie mam z tym nic wspólnego). Bardzo dziękuję właścicielce „Szarika”, że możemy z niego korzystać. Szarik stoi nad brzegiem jeziora w turystycznej miejscowości Borsk. Oczywiście domek, to nasza baza, a spacery po bliższej i dalszej okolicy odbywamy każdego dnia. Niestety wędrówki są coraz krótsze, bo psie dziadki naprawdę nie mają już wystarczająco dużo siły. Pierwszy weekend w „Szariku” za nami i już czekamy na następny, który niestety dopiero po majówce.

Gdzie nas nogi i łapy poniosą – Białogóra.

Piękna pogoda, plaża, psy i my. Odwiedziłyśmy Białogórę. To mała nadmorska miejscowość między Karwią a Łebą. Latem tętni życiem, po sezonie pustoszeje. Właśnie po sezonie najlepiej odwiedzić Białogórę. Dotrzemy tam łatwo drogą przez Wejherowo. My się kompletnie pogubiłyśmy, pomieszała mi się trasa do Łeby i w ten sposób nadłożyłyśmy z 15 km (jeśli nie więcej) robiąc wycieczkę krajoznawczą. W Białogórze jest kłopot z zaparkowaniem samochodu, ale chwilę pokrążyłyśmy i udało nam się stanąć przy korcie tenisowym. Do plaży wędrowałyśmy przez las. To prawie pół godzinki spaceru. Wracałyśmy brzegiem morza. Spacer dwugodzinny, szaleństwa na plaży dobiły Loba, Didi wyspała się w samochodzie i w domu była już gotowa na dalszą zabawę.

Gdzie nas nogi i łapy poniosą – Borsk

Z „czasem” ostatnio mam na bakier, każdą wolną chwile wykorzystuję na przygotowania do seminarium i szycie obróżek (może w końcu coś sprzedam:)), ale sobota to dzień święty. Jeśli akurat nie jestem w pracy zawsze, ale to zawsze uciekam z miasta, choćby na parę godzin, choćby w miejsce tysiąc razy odwiedzane, nieważne – ważne żeby pojechać gdzieś daleko – najchętniej na Kaszuby, albo w Bory Tucholskie. Kiedy już miniemy Kartuzy czy Kościerzynę, a widoki zmieniają się z gęstej linii domów na pola i lasy jestem po prostu szczęśliwa.

W sobotę od rana lało. Trudno niech leje, będziemy wędrować w deszczu, dobrze że Didi tego nie słyszała ;-) . Ale jak dojechałyśmy do Borska po deszczu pozostało tylko koszmarnie bure niebo i mgła. Trasa naszej wycieczki biegła wzdłuż zamarzniętego jeziora, a potem przez las. Dwie godziny błądziłyśmy po dobrze nam znanych ścieżkach i duktach leśnych. A w drodze powrotnej do Gdańska zjadłyśmy pyszny obiad, niestety na wynos w samochodzie, bo do knajpy nie można było wejść z psami.

Gdzie nas nogi i łapy poniosą – Gostomie.

Gostomie to jedno z tych miejsc, które mogę nazwać „starymi kątami”. Kiedy miałam 6 lat byłam tam na pierwszej w życiu koloni i było bardzo fajnie, zaskakująco dużo pamiętam z tych kolonijnych czasów. Potem odwiedzaliśmy tą wieś z rodzicami, a od wielu lat przyjeżdżam tam na wycieczki z psami. Tym razem rodzinnie więc wyruszyliśmy do Gostomia. Ostatni raz byłyśmy tam chyba rok temu, ale nic się nie zmieniło nadal jest cicho, spokojnie i pięknie. Samochód parkujemy we wsi, przy kościele. Teraz biegiem przy gospodarstwie, by lokalne burki nas nie pogryzły i już spokojna droga między polami. Później przez las, Lobo oczywiście z nosem u góry na napiętej smyczy wystawia sarny. Po kilometrze jesteśmy nad jeziorem. Trochę jeszcze zamarzniętym. Poza prywatnymi domkami letniskowymi, nie ma tu żadnych ośrodków wczasowych. Trasa naszej wędrówki biegnie wzdłuż jeziora i w jego połowie odbija w las. Tam na polanie krótka przerwa by nacieszyć się słońcem. I dalej już z powrotem przechodzimy między domkami i przez las. Nie widać, ale słychać żurawie, czy to znaczy, że zima już nie wróci? Lobuś już ledwo się człapie, w końcu to trzy godziny spaceru, ale Lena i Didi dzielnie wędrują, jest ciepło i miło. Znów bieg przy gospodarstwie i wsiadamy do samochodu, niestety nadszedł czas powrotu do domu. Było cudownie:)

Gdzie nas nogi i łapy poniosą – wokół Jeziora Przywidzkiego.

W sobotę, tym razem tylko z psami wyruszyłam na wycieczkę wokół Jeziora Przywidzkiego. Szukałam na mapie miejsca gdzieś niedaleko, ale zależało mi, żeby była to dla mnie nowa trasa, bo już mi się trochę znudziło odwiedzanie starych kątów. Przywidz leży stosunkowo blisko Gdańska, ale zdecydowanie jest to już wieś. O tej porze roku najbardziej urokliwe są jednak lasy iglaste, gdzie sosny, świerki i zielone mchy łamią szary krajobraz. Niestety lasy otaczające Jezioro Przywidzkie są głównie liściaste, więc przy pochmurnej pogodzie było buro i smutno. Do tego cała, dość szeroka droga była pokryta lodowcem. Ślizgając się i tonąc w błocie, jak kończył się lód zaczynało błoto, pokonywaliśmy kolejne kilometry. Od czasu do czasu mijali nas  miłośnicy nordic walking, a na jeziorze zwariowani wędkarze łowili ryby. Ja rozumiem każdą pasję, ale gdzie jest rozsądek kogoś, kto wychodzi na lód, gdy od dwóch tygodni trwa odwilż? Kiedy byliśmy już na końcu jeziora, czyli w połowie drogi zaczęło lać, brrrr. Aparat wjechał do plecaka, Didi też chciała, ale się nie zmieściła. Prawie biegiem wracaliśmy do auta. Trasa liczy sobie około 10 km. Polecam, ale nie zimą, no chyba że będzie śnieg, na biegówki super:).

Gdzie nas łapy i narty poniosą.

I gdzie nas tym razem poniosło. No zgadnijcie? Byłyśmy niezwykle oryginalne i … znalazłyśmy się znowu w Kłodnie:). Nuda? Nie do końca, bo tym razem zamiast wędrować, biegałyśmy na biegówkach. A z Lobem i Didi nie sposób się nudzić nawet jeśli spacer przez 100 lat byłby w tym samym miejscu. Ale o tym za chwilę. Okazało się, że na Kaszubach jest bardzo mało śniegu, do tego nastała odwilż, świeciło słońce i ta marna resztka śniegu kleiła się niemiłosiernie do nart, dlatego Asia, która była zdana tylko na swoje siły miała trudności ze ślizgiem i trzymała tyły. Ja za to, wracając do poprzedniego wątku, gnałam naprawdę szybko. To nie moje pierwsze „nartowanie” z Lobem przypiętym do pasa z amortyzatorem dlatego zaliczam je do sportów ekstremalnych. Lobuś biegnie naprzód, ładnie, równo, po prostym i z górki ciągnie bez zrywów, czysta przyjemność. Aż do momentu…, kiedy wyczuje lub nie daj Bóg zobaczy sarenki. Wtedy nie ma na niego mocnych, żegnam się i pędzę do przodu, pół biedy jak do przodu, mogę próbować hamować nartą lub paść na tyłek, dużo gorzej jak szarpie na boki, wtedy krzyczę histerycznie: „fe, nie wolno, naprzód”, a co na to Lobo – Lobo ma mnie w nosie. kiedy jednak golden uznaje, że aby gonić sarenkę musi się cofnąć, jazda na nartach tyłem jest ponad moje siły, ale jak już leżę na plecach to mnie chłopak nie przeciągnie. A jaki ma w tym udział słodka babcia Didi, na 100% zauważy każde zwierzątko, które ujdzie uwadze Lobusia i odpowiednio podkreśli fakt, że warto szukać, gonić i łapać wszystko co żywe, bez względu na przeszkody i balast w postaci człowieka na końcu smyczy.

Kiedy adoptowałam Loba, myślałam (i takie goldeny poznałam), że to gluty i ciapciaki. Ale to nie nasz pies. On nie ma już ośmiu lat, ale dopiero osiem i z każdym dniem jest coraz młodszy i coraz bardziej szalony. Może nadrabia stracony czas szaleństw młodości. Jak się u nas pojawił był w miarę stonowany, a najbardziej interesowało go towarzystwo innych psów. Teraz nie można go spuścić w lesie bo goni zwierzynę i przepada na kilkanaście minut, spuszczony nad morzem z lubością zajada kupy. Ma naprawdę dużo energii. Za to w domu jest naprawdę pluszowym miluchem, który robi maślane oczka i merda ogonkiem próbując zjeść nasz obiad z talerza, nurkując w śmieciach, rozrywając chusteczki higieniczne i wyjadając karmę z misek Leny i Didi. Ale i tak fajny ten Lobofiś:)

Gdzie nas nogi i łapy poniosą – Chrzanowo. I trochę o psiakowym szyciu.

Kilka dni temu moja przyjaciółka Gosia miała urodziny. Z tej okazji zaprosiła nas do Chrzanowa w gminie Łęczyce. Właśnie w Chrzanowie Gocha kupuje kawał ziemi, tam zbuduje dom i ukryje się przed zgiełkiem miasta. Okropnie jej zazdroszczę. Ale abstrahując od mojej zazdrości, i tak pomysł wyprawy do Chrzanowa wcale mi się nie podobał. Po pierwsze nie znam tych okolic i założyłam, że będzie tam okropnie, po drugie zrobiło się potwornie zimno, a Didi w takim mrozie wygina się w podkówkę, podkurcza łapki i ani myśli spacerować. No i byłam zaskoczona, ale wcale nie na minus. Wręcz przeciwnie, bardzo na plus. Gmina Łęczyce jest niezwykle urokliwa, nie umiem dokładnie opisać co w niej zachwyca, ale ma czar. Niskie domki ustawione bez ścisku między rozległymi polami i odległymi lasami, przyroda nie jest nachalna, ale wszechobecna. Krajobraz przypomina Suwalszczyznę. Może to nie jest wymarzone miejsce do uprawiania turystyki, ale z całą pewnością wymarzone do mieszkania. Jak już znalazłyśmy się na miejscu, potwornie owiało nas na polu podczas prezentacji działki, ale już chwilę później ruszyłyśmy ścieżką w stronę lasu, przestało wiać, wyszło słońce i zrobiło się przyjemnie. Z całą pewnością można powiedzieć, że Gosia zamieszka w gigantycznym królestwie choinek, których plantacje ciągną się kilometrami. Doszłyśmy nad jezioro i stamtąd traktem końskim wróciłyśmy do samochodów. W sumie wędrowałyśmy półtorej godziny. Nieco zmarznięte wyruszyłyśmy do „Gospody po żubrem” w Salinie, gdzie solenizantka zaprosiła nas na pyszny żurek w chlebie i gorącą szarlotkę (my się jeszcze dopchałyśmy frytkami i kurczakiem). Psiaki odpoczywały pod restauracyjnym stołem załapując się na chlebek i frytki.

To był naprawdę fantastyczny dzień! Ja też chcę mieszkać w Chrzanowie, ale na razie będę tam często przyjeżdżać:)

Gosia w prezencie dostała prezent dla Misi;) – szelki norweskie w biedronki.

img_1154img_1158

A na okazję wyprawy w tak zimny dzień uszyłam dla Leny kosmiczny kubraczek, a dla Didi polarową bluzę, którą miała upchniętą pod kubrakiem.

img_1264

Gdzie nas nogi i łapy poniosą – Sulęczyno/Kłodno.

W sobotę wyruszyłam na, samotną tym razem, wycieczkę do Kłodna. No może nie zupełnie samotną bo w towarzystwie Didi, Loba i Leny. Z Lobem na pasie do dogtrekingu, Leną na flexi i Didi „luzem” postanowiłam trochę zmienić naszą stałą trasę wędrując koło dużego gospodarstwa wiejskiego i dalej lasem. Już jakieś sto metrów przed zabudowaniami, biegiem wialiśmy przed zgrają psów pilnujących gospodarstwa. Pomysł innowacji trasy okazał się nietrafiony. Między domkami letniskowymi doszliśmy do naszej starej trasy i skierowaliśmy się prosto nad jezioro. Drogą nad jeziorem wróciliśmy do samochodu. Po dwóch godzinach przechadzki psy zasnęły w samochodzie kamiennym snem, ja napiłam się herbaty i całą drogę gryzłam miętówki, żeby nie pójść w ich ślady. Kłodno odwiedzamy często, ale mam nadzieję, że następnym razem będzie śnieg, a może jeszcze lepiej małe zielone listki:)