Gdzie nas nogi i łapy poniosą – wiosna/lato/jesień w Borsku.

Na okres lata i wczesnej jesieni zawieszam cykl „Gdzie nas łapy i nogi poniosą”. Ani mi się śni oczywiście siedzieć w domu czy plątać po mieście. Każdy wolny weekend będę spędzać w wynajmowanym, domku letniskowym. Domek nazywa się „Szarik” (to kompletny zbieg okoliczności i nie mam z tym nic wspólnego). Bardzo dziękuję właścicielce „Szarika”, że możemy z niego korzystać. Szarik stoi nad brzegiem jeziora w turystycznej miejscowości Borsk. Oczywiście domek, to nasza baza, a spacery po bliższej i dalszej okolicy odbywamy każdego dnia. Niestety wędrówki są coraz krótsze, bo psie dziadki naprawdę nie mają już wystarczająco dużo siły. Pierwszy weekend w „Szariku” za nami i już czekamy na następny, który niestety dopiero po majówce.

SKOP2, Ogólnopolski Sprawdzian Kompetencji Zespołów Tropiących

Z niewielkim opóźnieniem moja relacja z udziału w SKOPie.

5 – 6 kwietnia warszawskie Centrum Edukacji Kynologicznej ALTO zorganizowało drugi już sprawdzian dla zespołów tropiących. Impreza odbyła się w lasach Celestynowa, baza mieściła się w Centrum Edukacji Leśnej. To właśnie z bazy pozoranci, a później przewodnicy byli transportowani na ślady. Tam też można się było napić ciepłej herbaty, najeść ciastek i jabłek:), a nawet załapać na zupę. Wieczorem w ośrodku CEL zorganizowano też ognisko dla organizatorów i uczestników SKOP.  Sprawdzian przeprowadzony został zgodnie z regulaminem SKOP, opublikowanym w zeszłym roku.

Razem z Didi podeszłyśmy do sprawdzianu po raz pierwszy. Jestem naprawdę dumna z występu Didianny, chętnie podjęła ślad, ładnie tropiła i odnajdywała właściwy kierunek, wskazała prawie wszystkie przedmioty i gorąco przywitała odnalezionego pozoranta. Na sprawdzianie psy nie muszą oznaczać ofiary.

Jestem pod wrażeniem profesjonalnej organizacji SKOP, zespół ALTO naprawdę mi zaimponował, wszystko było dopracowane i „zapięte na ostatni guzik”. Było bardzo sympatycznie. Brakowało mi jedynie możliwości pogadania z innymi uczestnikami o tropieniu, ale może po prostu sprawdzian to nie najlepsza na to okazja.

Pako – 8. psażer „Nostromo”

W piątek czwartego kwietnia wyruszyłyśmy z Didi do Warszawy. Naszym celem był udział w SKOPie2 czyli Ogólnopolskim Sprawdzianie Kompetencji Zespołów Tropiących. Ponieważ jechałam sama z Didi, przed podróżą zajrzałam na facebooka czy jakiś bokser w potrzebie nie „szuka” transportu. Okazało się, że tak – Pakuś musiał dostać się z Kwidzyna do Warszawy. Teraz jak myślę o tym bokserze jest mi bardzo smutno, że stracił dom, trzymam mocno kciuki by jak najszybciej rozpoczął nowe, szczęśliwsze życie przy boku kogoś kto go zrozumie, pokocha i da możliwość porządnego wybiegania się. Ale wtedy gdy znalazł się już razem ze mną i Didi w samochodzie byłam przerażona. Pako był tak zdenerwowany rozstaniem z właścicielem, że próbował wydostać się przez zamknięte okna. Przez całą podróż próbował przeskoczyć do przodu na moje siedzenie, albo na budkę z Didi, jak tylko udawało mi się go przytrzymać z tyłu wtedy w nerwach przeżuwał wszystkie paski i tkaniny w samochodzie. Każde choćby najmniejsze zwolnienie samochodu, nawet na światłach uaktywniało go tak bardzo, że wszystko zaczynało się na nowo, skoki, gryzienie, przeżuwanie. Przez 6 godzin jazdy nie usiadł i się nie położył na chwilę. Dostałam jednak kilka buziaków, ale nie mogłam okazać mu uczuć bo strasznie się podniecał i próbował na mnie wskoczyć. Nie mam oczywiście żalu do Paka, ale złość do jego właścicieli, że nie potrafili nawet w takiej chwili szczerze powiedzieć, że do podróży z nim trzeba się specjalnie przygotować. Dotarłam z bokserem bezpiecznie do Warszawy bez sikania, jedzenia, picia i potwornie umordowana.

Pakusiu – trzymaj się chłopaku, należy ci się nowy, dobry dom – choćby w nagrodę za to, że zniosłeś ten ogromny stres jakim było dla ciebie rozstanie z właścicielami i podróż z kompletnie obcą osobą.

Tu historia Paka, który pilnie szuka nowego domu:

http://www.sosbokserom.com.pl/index.php?option=com_psy&task=pokaz&pies_id=1530#8_04

Po seminarium…

Ostatnie trzy tygodnie były bardzo intensywne. Tak bardzo, że o blogu tylko myślałam, bo nie było czasu na pisanie. Teraz postaram się uzupełnić wpisy.

W ostatni weekend marca odbyło się zorganizowane przez nas, czyli członków Trufli, seminarium pod tytułem ”Ratownictwo sportowe”. Te dwa dni pozwoliły nam zaledwie otrzeć się o pracę ratowniczą z psami, ale uczestnicy mieli okazję dowiedzieć się jak działa system ratowniczy w naszym kraju, poznać różnicę pomiędzy pracą górnym wiatrem a tropieniem oraz zrozumieć inną stronę motywacji u ludzi i psów. Podczas zajęć praktycznych przewodnicy z psami przećwiczyli podstawy szkolenia psów ratowniczych, czyli zabawę, współpracę oraz reakcję psów na zapach człowieka. Drugiego dnia skupiliśmy się na podstawach pracy tropowej.

Podczas seminarium zebraliśmy masę ręczników papierowych, które trafiły do Fundacji SOS Bokserom.

Zorganizowanie i przeprowadzenie seminarium było dla mnie ciekawym doświadczeniem.

Gdzie nas nogi i łapy poniosą – Białogóra.

Piękna pogoda, plaża, psy i my. Odwiedziłyśmy Białogórę. To mała nadmorska miejscowość między Karwią a Łebą. Latem tętni życiem, po sezonie pustoszeje. Właśnie po sezonie najlepiej odwiedzić Białogórę. Dotrzemy tam łatwo drogą przez Wejherowo. My się kompletnie pogubiłyśmy, pomieszała mi się trasa do Łeby i w ten sposób nadłożyłyśmy z 15 km (jeśli nie więcej) robiąc wycieczkę krajoznawczą. W Białogórze jest kłopot z zaparkowaniem samochodu, ale chwilę pokrążyłyśmy i udało nam się stanąć przy korcie tenisowym. Do plaży wędrowałyśmy przez las. To prawie pół godzinki spaceru. Wracałyśmy brzegiem morza. Spacer dwugodzinny, szaleństwa na plaży dobiły Loba, Didi wyspała się w samochodzie i w domu była już gotowa na dalszą zabawę.

Gdzie nas nogi i łapy poniosą – Borsk

Z „czasem” ostatnio mam na bakier, każdą wolną chwile wykorzystuję na przygotowania do seminarium i szycie obróżek (może w końcu coś sprzedam:)), ale sobota to dzień święty. Jeśli akurat nie jestem w pracy zawsze, ale to zawsze uciekam z miasta, choćby na parę godzin, choćby w miejsce tysiąc razy odwiedzane, nieważne – ważne żeby pojechać gdzieś daleko – najchętniej na Kaszuby, albo w Bory Tucholskie. Kiedy już miniemy Kartuzy czy Kościerzynę, a widoki zmieniają się z gęstej linii domów na pola i lasy jestem po prostu szczęśliwa.

W sobotę od rana lało. Trudno niech leje, będziemy wędrować w deszczu, dobrze że Didi tego nie słyszała ;-) . Ale jak dojechałyśmy do Borska po deszczu pozostało tylko koszmarnie bure niebo i mgła. Trasa naszej wycieczki biegła wzdłuż zamarzniętego jeziora, a potem przez las. Dwie godziny błądziłyśmy po dobrze nam znanych ścieżkach i duktach leśnych. A w drodze powrotnej do Gdańska zjadłyśmy pyszny obiad, niestety na wynos w samochodzie, bo do knajpy nie można było wejść z psami.

Seminarium „Ratownictwo sportowe”

Ogromnie się cieszę, że nasze seminarium spotkało się z odzewem. Właściwie w ciągu dwóch dni miałyśmy skompletowaną listę uczestników. Teraz czeka nas ciężka robota, bo bardzo nam zależy, żeby seminarium było przeprowadzone na wysokim poziomie. Szukamy idealnej lokalizacji, wygodnej sali i kujemy:) Nie dlatego, że musimy się teraz wszystkiego nauczyć, ale chcemy przypomnieć sobie podstawy,  doszlifować szczegóły, przeanalizować możliwe trudności. Dużo pracy przed nami, ale już myślimy o kolejnych seminariach.

Gdzie nas nogi i łapy poniosą – Gostomie.

Gostomie to jedno z tych miejsc, które mogę nazwać „starymi kątami”. Kiedy miałam 6 lat byłam tam na pierwszej w życiu koloni i było bardzo fajnie, zaskakująco dużo pamiętam z tych kolonijnych czasów. Potem odwiedzaliśmy tą wieś z rodzicami, a od wielu lat przyjeżdżam tam na wycieczki z psami. Tym razem rodzinnie więc wyruszyliśmy do Gostomia. Ostatni raz byłyśmy tam chyba rok temu, ale nic się nie zmieniło nadal jest cicho, spokojnie i pięknie. Samochód parkujemy we wsi, przy kościele. Teraz biegiem przy gospodarstwie, by lokalne burki nas nie pogryzły i już spokojna droga między polami. Później przez las, Lobo oczywiście z nosem u góry na napiętej smyczy wystawia sarny. Po kilometrze jesteśmy nad jeziorem. Trochę jeszcze zamarzniętym. Poza prywatnymi domkami letniskowymi, nie ma tu żadnych ośrodków wczasowych. Trasa naszej wędrówki biegnie wzdłuż jeziora i w jego połowie odbija w las. Tam na polanie krótka przerwa by nacieszyć się słońcem. I dalej już z powrotem przechodzimy między domkami i przez las. Nie widać, ale słychać żurawie, czy to znaczy, że zima już nie wróci? Lobuś już ledwo się człapie, w końcu to trzy godziny spaceru, ale Lena i Didi dzielnie wędrują, jest ciepło i miło. Znów bieg przy gospodarstwie i wsiadamy do samochodu, niestety nadszedł czas powrotu do domu. Było cudownie:)

Trufla – stajemy się Klubem

Minęło trochę czasu, więc wypada napisać kilka słów o treningach Trufli. Regularnie, co niedzielę, spotykamy się i układamy ćwiczenia dla naszych psów. Jeśli przepada nam trening, to przyczyną nigdy nie jest nasze lenistwo, ale sprawy zawodowe i wyjazdy. Najczęściej na treningach jestem ja z Didi i Gocha z Mi, dorównuje nam Ania z Ebony. Doświadczenie pokazuje, że własny samochód jest niezbędnym wyposażeniem przewodnika psa poszukującego. Treningi mają taki charakter, że pracuje pies, a kiedy pies odpoczywa – pracuje jego przewodnik, więc pies musi mieć możliwość odpocząć w bezpiecznym miejscu. Dlatego brak auta wykruszył kilku przewodników.

Jestem pod wrażeniem pracy Miśki, babcia ma kłopoty z poruszaniem się, ale podczas pracy jest ożywiona i … skuteczna, zawsze znajdzie pozoranta, może słuch i wzrok nie te same, ale węch się chyba tylko wyostrzył. Z Didi zaczęłam częściej ćwiczyć ślady. Ona jest w tym naprawdę bardzo dobra, często pomaga sobie górnym wiatrem, ale to w ostatnim momencie poszukiwań, bardzo blisko pozoranta. Ebony robi wyraźne postępy, regularne treningi czynią cuda, odnajduje pozoranta i go oznacza, powoli dokładamy nowe elementy.

No i najważniejsze, rozwijamy się!!! Z inicjatywy stajemy się klubem, nowa Trufla to Klub Ratownictwa Sportowego z Psami. No i już wkrótce przed nami pierwsze seminarium.

Gdzie nas nogi i łapy poniosą – wokół Jeziora Przywidzkiego.

W sobotę, tym razem tylko z psami wyruszyłam na wycieczkę wokół Jeziora Przywidzkiego. Szukałam na mapie miejsca gdzieś niedaleko, ale zależało mi, żeby była to dla mnie nowa trasa, bo już mi się trochę znudziło odwiedzanie starych kątów. Przywidz leży stosunkowo blisko Gdańska, ale zdecydowanie jest to już wieś. O tej porze roku najbardziej urokliwe są jednak lasy iglaste, gdzie sosny, świerki i zielone mchy łamią szary krajobraz. Niestety lasy otaczające Jezioro Przywidzkie są głównie liściaste, więc przy pochmurnej pogodzie było buro i smutno. Do tego cała, dość szeroka droga była pokryta lodowcem. Ślizgając się i tonąc w błocie, jak kończył się lód zaczynało błoto, pokonywaliśmy kolejne kilometry. Od czasu do czasu mijali nas  miłośnicy nordic walking, a na jeziorze zwariowani wędkarze łowili ryby. Ja rozumiem każdą pasję, ale gdzie jest rozsądek kogoś, kto wychodzi na lód, gdy od dwóch tygodni trwa odwilż? Kiedy byliśmy już na końcu jeziora, czyli w połowie drogi zaczęło lać, brrrr. Aparat wjechał do plecaka, Didi też chciała, ale się nie zmieściła. Prawie biegiem wracaliśmy do auta. Trasa liczy sobie około 10 km. Polecam, ale nie zimą, no chyba że będzie śnieg, na biegówki super:).