Cudowne weekendy w Borach Tucholskich.

Nic odkrywczego, ale jestem zakochana w wiejskim życiu. Tak bardzo żałuję, że moje marzenie mieszkania na wsi nie może stać się rzeczywistością. Na szczęście czasem są wolne weekendy i wtedy nic nie jest w stanie mnie zatrzymać w mieście. Dni spędzamy na leśnych wędrówkach, treningach tropienia z Didi, ćwiczeniu aportowania z wody z Lobem i czytaniu książek. Jest cudownie.

 

Gdzie nas nogi i łapy poniosą – Wdzydze Kiszewskie.

Kocham Wdzydze, muszę to szczerze przyznać, zakochałam się w nich prawie 20 lat temu i jestem naprawdę tej miłości oddana. Może nie do końca wierna, czasem je zdradzam, ale tylko na chwilę by potem wracać i przepraszać. Wdzydze są piękne, ale co mnie bardzo martwi coraz mniej dzikie, domki letniskowe i całoroczne wkradają się nad jeziora, do lasów, na pola. Coraz częściej można na szlaku natrafić na płot lub informację: teren prywatny, wstęp wzbroniony. Staram się to zrozumieć, że w tej miłości do Wdzydz nie jestem jedyna, ale szkoda mi tej ginącej ciszy i bezludzia, po które tu od lat przyjeżdżam. Do sobotniej wyprawy impulsem dla nas był planowany wyjazd Sylwestrowy na Półwysep Kozłowiec. Postanowiliśmy obadać trasę, tak by zimą nie szukać drogi w śniegu, ale o tym za chwilę… .

Na cel wyprawy została wybrana ścieżka przyrodniczo edukacyjna we Wdzydzach Kiszewskich. Samochód zaparkowaliśmy prawie na początku ścieżki, ale nie ma tam parkingu:(. Trasa liczy około 4 km, nam przejście zajęło dwie godziny. Ścieżka jest stosownie oznaczona i nie sposób się zgubić, choć trzeba być uważnym. Biegnie przez tereny podmokłe, wzdłuż jeziora Jelenie i Niedźwiadek, oraz rzadkim sosnowym borem. Nie jest to trasa dzika, oddalona od osiedli, ale na jesienny spacer bardzo przyjemna. Ścieżka kończy się przy Hotelu Niedźwiadek i trzeba w odpowiednim miejscu skręcić by bez trudności wrócić do jej początku. My wybraliśmy niewłaściwą trasę wchodząc na teren hotelu. Pobłądziliśmy między płotami prywatnych posesji i postanowiliśmy się cofnąć do końca ścieżki i tam poszukać drogi powrotnej, nie obeszło się bez pokonania płotu, na szczęście udało się dołem.

A jak już wsiedliśmy do auta i ruszyliśmy szukać dojazdu do Kozłowca to zaczęła się prawdziwa „przygoda”. Długo błądziłyśmy po leśnych drogach narażając naszego fiacika na dziury i wyboje, a kiedy zaczął zapadać zmrok uznaliśśmy misję za niemożliwą i oznajmiliśmy powrót. To był prawdziwy koszmar. Wąska droga między polami, przeorana przez traktory, rozdeptana przez krowy, zalana i okropnie długa. Dzielna Panda dawała radę, ale myślałam, że naszą wyprawę zakończymy w warsztacie. Udało się dojechać do głównej drogi i wyjść z tej wyprawy bez szwanku, ale był to prawdziwy „Dziemiany Dakar”. Wolę nie myśleć jak dojedziemy na Sylwestra. Teraz żałuję, że nie zrobiłam żadnego zdjęcia, ale byłam zbyt zdenerwowana, żeby o tym pomyśleć.