Nowy Rok 2015

W nowym roku czas na zmiany:). Mój obecny blog oczywiście zostaje, ale zmienia wygląd na bloga fotograficznego. Będzie więcej zdjęć i trochę mniej tekstów. Mam nadzieję, że uda mi się sprawę ogarnąć technicznie. Ale to nie jedyne zmiany. Równolegle rusza mój drugi blog, którego treścią będzie szkolenie psów. Tematem będzie obejmował bliskie mi dyscypliny: poszukiwanie górnym wiatrem oraz tropienie.

img_1261

Gdzie nas nogi i łapy poniosą – Bieszczady i Ojcowski Park Narodowy

Po wakacjach i najcudowniejszych na świecie weekendach spędzonych w „Szariku” wracamy do sobotnio-niedzielnych  wycieczek z psami, które zainaugurowane zostały naszym dwutygodniowym urlopem w Bieszczadach i okolicach Ojcowa. Tydzień w Bieszczadach spędziłyśmy w agroturystyce „Leśne Berdo” w Przysłupiu. To była nasza baza noclegowa i początek górskich wypadów. Z mapą codziennie opracowywałyśmy wycieczkę. Długość szlaków trzeba było dostosować do możliwości Loba. Niestety dwukrotnie byłyśmy zmuszone zawrócić, ponieważ było bardzo ciepło i psy zostawały coraz bardziej w tyle. Miałyśmy też stracha, bo niedźwiedzie w Bieszczadach to nie bajki, a psy na pewno  zachowałyby się w sposób prowokujący drapieżnika do agresji. Po tygodniu spędzonym na górskich bezdrożach pojechałyśmy do Ojcowa. Po przygodach związanych ze znalezieniem noclegu zamieszkałyśmy w bardzo przytulnym pokoju „Pokoje gościnne u Grażyny”. Powiedzmy sobie szczerze to był tydzień na miarę możliwości naszych psów. Krótkie, choć zróżnicowane trasy wycieczek i żadnych niedźwiedzi, wilków, jeleni  – czyli leśnych przyjaciół, którzy prowokują nasze psy do irracjonalnych zachowań na smyczy. Miałyśmy się też okazję przejechać się bryczką. Bardzo sympatyczny pan woźnica zgodził się zawieźć nas na początek oddalonego szlaku. Didi była zupełnie wyluzowana, to przecież normalne że psy jeżdżą konno, Lena wtuliła się w Asię, a Lobo – Lobo był w szoku:) i nie omieszkał oszczekać konia jak już wysiedliśmy i dobrze go zobaczył. Mimo, że „dosiadł” swojego największego wroga, w bryczce zachowywał się bardzo grzecznie.

Gdzie nas nogi i łapy poniosą – Białogóra.

Piękna pogoda, plaża, psy i my. Odwiedziłyśmy Białogórę. To mała nadmorska miejscowość między Karwią a Łebą. Latem tętni życiem, po sezonie pustoszeje. Właśnie po sezonie najlepiej odwiedzić Białogórę. Dotrzemy tam łatwo drogą przez Wejherowo. My się kompletnie pogubiłyśmy, pomieszała mi się trasa do Łeby i w ten sposób nadłożyłyśmy z 15 km (jeśli nie więcej) robiąc wycieczkę krajoznawczą. W Białogórze jest kłopot z zaparkowaniem samochodu, ale chwilę pokrążyłyśmy i udało nam się stanąć przy korcie tenisowym. Do plaży wędrowałyśmy przez las. To prawie pół godzinki spaceru. Wracałyśmy brzegiem morza. Spacer dwugodzinny, szaleństwa na plaży dobiły Loba, Didi wyspała się w samochodzie i w domu była już gotowa na dalszą zabawę.

Gdzie nas nogi i łapy poniosą – Kozłowiec czyli Sylwester 2013/2014 w krainie deszczowców.

Przed petardami uciekamy do lasu, nie ma chyba miejsca gdzie nie byłoby słychać ich wybuchów i widać smug świateł prujących niebo, ale są miejsca gdzie słychać je słabiej i widać gorzej. Oczywiście to nie jedyny powód naszego wyjazdu, marzył nam się urlop zimowy, kilka dni ciszy, długich spacerów w ciągu dnia i czytania książek, a jak się okazało  potrzebowałyśmy też sporo czasu na „zbijanie” diamencików  w smartfonie:).

Te kilka dni spędziłyśmy w Kozłowcu, a może raczej na Kozłowcu, bo to półwysep nad jeziorem Wdzydzkim w gminie Dziemiany. To taki trochę koniec świata bo prowadzi tam tylko jedna, leśna, nie łatwa do przejechania zwykłym autem droga (ale panda jak zawsze spisała się na medal). Na Kozłowcu jest gospodarstwo, a w nim apartamenty dla turystów oraz lasy, pola i jezioro. W lasach sporo szlaków turystycznych, oraz nieoznaczonych dróg leśnych – także włóczyć można się godzinami. Wędrowałyśmy codziennie, tak daleko jak tylko psy dawały radę (uwzględniając oczywiście drogę powrotną). Wybrałyśmy się do uroczej wsi Rów, gdzie stoi święta figurka wyrzeźbiona w drzewie, odwiedziłyśmy Przerębską Hutę, wieś której już nie ma, nad rzeką Wdą, poszukiwałyśmy punktu widokowego nad jeziorem Lipno (ale punkt istnieje tylko na mapie), odwiedziłyśmy nasz ukochany Borsk – tam spędzamy prawie każdy weekend latem i był to jedyny słoneczny dzień naszego pobytu, a w niedzielę przed wyjazdem obeszłyśmy cały półwysep. Zdjęcia zdradzają, że był to urlop w tajemniczej krainie deszczowców, pełnej mgieł i krążących w niej saren, jeleni, zajęcy, dzików, bobrów i innych tajemniczych stworzeń, o których informowały nas tylko uniesione nosy i strzygące uszy naszych psów. Polecam to miejsce wszystkim, którzy szukają błogiej ciiiiiiszy.

Ponieważ od kilku miesięcy dysponuję tylko moim dzielnym teleobiektywem zdjęcia to tylko krótkie opowiadania, bez długich historii.