Gdzie nas nogi i łapy poniosą – Bieszczady i Ojcowski Park Narodowy

Po wakacjach i najcudowniejszych na świecie weekendach spędzonych w „Szariku” wracamy do sobotnio-niedzielnych  wycieczek z psami, które zainaugurowane zostały naszym dwutygodniowym urlopem w Bieszczadach i okolicach Ojcowa. Tydzień w Bieszczadach spędziłyśmy w agroturystyce „Leśne Berdo” w Przysłupiu. To była nasza baza noclegowa i początek górskich wypadów. Z mapą codziennie opracowywałyśmy wycieczkę. Długość szlaków trzeba było dostosować do możliwości Loba. Niestety dwukrotnie byłyśmy zmuszone zawrócić, ponieważ było bardzo ciepło i psy zostawały coraz bardziej w tyle. Miałyśmy też stracha, bo niedźwiedzie w Bieszczadach to nie bajki, a psy na pewno  zachowałyby się w sposób prowokujący drapieżnika do agresji. Po tygodniu spędzonym na górskich bezdrożach pojechałyśmy do Ojcowa. Po przygodach związanych ze znalezieniem noclegu zamieszkałyśmy w bardzo przytulnym pokoju „Pokoje gościnne u Grażyny”. Powiedzmy sobie szczerze to był tydzień na miarę możliwości naszych psów. Krótkie, choć zróżnicowane trasy wycieczek i żadnych niedźwiedzi, wilków, jeleni  – czyli leśnych przyjaciół, którzy prowokują nasze psy do irracjonalnych zachowań na smyczy. Miałyśmy się też okazję przejechać się bryczką. Bardzo sympatyczny pan woźnica zgodził się zawieźć nas na początek oddalonego szlaku. Didi była zupełnie wyluzowana, to przecież normalne że psy jeżdżą konno, Lena wtuliła się w Asię, a Lobo – Lobo był w szoku:) i nie omieszkał oszczekać konia jak już wysiedliśmy i dobrze go zobaczył. Mimo, że „dosiadł” swojego największego wroga, w bryczce zachowywał się bardzo grzecznie.

Gdzie nas nogi i łapy poniosą – wiosna/lato/jesień w Borsku.

Na okres lata i wczesnej jesieni zawieszam cykl „Gdzie nas łapy i nogi poniosą”. Ani mi się śni oczywiście siedzieć w domu czy plątać po mieście. Każdy wolny weekend będę spędzać w wynajmowanym, domku letniskowym. Domek nazywa się „Szarik” (to kompletny zbieg okoliczności i nie mam z tym nic wspólnego). Bardzo dziękuję właścicielce „Szarika”, że możemy z niego korzystać. Szarik stoi nad brzegiem jeziora w turystycznej miejscowości Borsk. Oczywiście domek, to nasza baza, a spacery po bliższej i dalszej okolicy odbywamy każdego dnia. Niestety wędrówki są coraz krótsze, bo psie dziadki naprawdę nie mają już wystarczająco dużo siły. Pierwszy weekend w „Szariku” za nami i już czekamy na następny, który niestety dopiero po majówce.

Gdzie nas nogi i łapy poniosą – Białogóra.

Piękna pogoda, plaża, psy i my. Odwiedziłyśmy Białogórę. To mała nadmorska miejscowość między Karwią a Łebą. Latem tętni życiem, po sezonie pustoszeje. Właśnie po sezonie najlepiej odwiedzić Białogórę. Dotrzemy tam łatwo drogą przez Wejherowo. My się kompletnie pogubiłyśmy, pomieszała mi się trasa do Łeby i w ten sposób nadłożyłyśmy z 15 km (jeśli nie więcej) robiąc wycieczkę krajoznawczą. W Białogórze jest kłopot z zaparkowaniem samochodu, ale chwilę pokrążyłyśmy i udało nam się stanąć przy korcie tenisowym. Do plaży wędrowałyśmy przez las. To prawie pół godzinki spaceru. Wracałyśmy brzegiem morza. Spacer dwugodzinny, szaleństwa na plaży dobiły Loba, Didi wyspała się w samochodzie i w domu była już gotowa na dalszą zabawę.

Gdzie nas nogi i łapy poniosą – Borsk

Z „czasem” ostatnio mam na bakier, każdą wolną chwile wykorzystuję na przygotowania do seminarium i szycie obróżek (może w końcu coś sprzedam:)), ale sobota to dzień święty. Jeśli akurat nie jestem w pracy zawsze, ale to zawsze uciekam z miasta, choćby na parę godzin, choćby w miejsce tysiąc razy odwiedzane, nieważne – ważne żeby pojechać gdzieś daleko – najchętniej na Kaszuby, albo w Bory Tucholskie. Kiedy już miniemy Kartuzy czy Kościerzynę, a widoki zmieniają się z gęstej linii domów na pola i lasy jestem po prostu szczęśliwa.

W sobotę od rana lało. Trudno niech leje, będziemy wędrować w deszczu, dobrze że Didi tego nie słyszała ;-) . Ale jak dojechałyśmy do Borska po deszczu pozostało tylko koszmarnie bure niebo i mgła. Trasa naszej wycieczki biegła wzdłuż zamarzniętego jeziora, a potem przez las. Dwie godziny błądziłyśmy po dobrze nam znanych ścieżkach i duktach leśnych. A w drodze powrotnej do Gdańska zjadłyśmy pyszny obiad, niestety na wynos w samochodzie, bo do knajpy nie można było wejść z psami.

Gdzie nas nogi i łapy poniosą – Gostomie.

Gostomie to jedno z tych miejsc, które mogę nazwać „starymi kątami”. Kiedy miałam 6 lat byłam tam na pierwszej w życiu koloni i było bardzo fajnie, zaskakująco dużo pamiętam z tych kolonijnych czasów. Potem odwiedzaliśmy tą wieś z rodzicami, a od wielu lat przyjeżdżam tam na wycieczki z psami. Tym razem rodzinnie więc wyruszyliśmy do Gostomia. Ostatni raz byłyśmy tam chyba rok temu, ale nic się nie zmieniło nadal jest cicho, spokojnie i pięknie. Samochód parkujemy we wsi, przy kościele. Teraz biegiem przy gospodarstwie, by lokalne burki nas nie pogryzły i już spokojna droga między polami. Później przez las, Lobo oczywiście z nosem u góry na napiętej smyczy wystawia sarny. Po kilometrze jesteśmy nad jeziorem. Trochę jeszcze zamarzniętym. Poza prywatnymi domkami letniskowymi, nie ma tu żadnych ośrodków wczasowych. Trasa naszej wędrówki biegnie wzdłuż jeziora i w jego połowie odbija w las. Tam na polanie krótka przerwa by nacieszyć się słońcem. I dalej już z powrotem przechodzimy między domkami i przez las. Nie widać, ale słychać żurawie, czy to znaczy, że zima już nie wróci? Lobuś już ledwo się człapie, w końcu to trzy godziny spaceru, ale Lena i Didi dzielnie wędrują, jest ciepło i miło. Znów bieg przy gospodarstwie i wsiadamy do samochodu, niestety nadszedł czas powrotu do domu. Było cudownie:)

Gdzie nas nogi i łapy poniosą – wokół Jeziora Przywidzkiego.

W sobotę, tym razem tylko z psami wyruszyłam na wycieczkę wokół Jeziora Przywidzkiego. Szukałam na mapie miejsca gdzieś niedaleko, ale zależało mi, żeby była to dla mnie nowa trasa, bo już mi się trochę znudziło odwiedzanie starych kątów. Przywidz leży stosunkowo blisko Gdańska, ale zdecydowanie jest to już wieś. O tej porze roku najbardziej urokliwe są jednak lasy iglaste, gdzie sosny, świerki i zielone mchy łamią szary krajobraz. Niestety lasy otaczające Jezioro Przywidzkie są głównie liściaste, więc przy pochmurnej pogodzie było buro i smutno. Do tego cała, dość szeroka droga była pokryta lodowcem. Ślizgając się i tonąc w błocie, jak kończył się lód zaczynało błoto, pokonywaliśmy kolejne kilometry. Od czasu do czasu mijali nas  miłośnicy nordic walking, a na jeziorze zwariowani wędkarze łowili ryby. Ja rozumiem każdą pasję, ale gdzie jest rozsądek kogoś, kto wychodzi na lód, gdy od dwóch tygodni trwa odwilż? Kiedy byliśmy już na końcu jeziora, czyli w połowie drogi zaczęło lać, brrrr. Aparat wjechał do plecaka, Didi też chciała, ale się nie zmieściła. Prawie biegiem wracaliśmy do auta. Trasa liczy sobie około 10 km. Polecam, ale nie zimą, no chyba że będzie śnieg, na biegówki super:).

Gdzie nas nogi i łąpy poniosą – Świbno.

W przerwie świątecznej odwiedziłyśmy rezerwat przyrody „Mewia łacha” w Świbnie. Już wcześniej opisywałam naszą wycieczkę do „Ptasiego raju”, jednego z dwóch miejsc chronionych na Wyspie Sobieszowskiej.

Aby znaleźć się w rezerwacie parkujemy samochód w Świbnie nad Wisłą i ruszamy w stronę morza. Wędrujemy brzegiem Wisły, przyjemną trasą częściowo wyłożoną płytami i kamieniami. Czasem, gdy poziom rzeki jest wysoki niektóre odcinki mogą okazać się trudne do przebycia. Idąc wzdłuż Wisły mijamy jeziorko gdzie w okresie od wiosny do jesieni panoszy się mnóstwo różnych gatunków ptaków, a cały rok, od kilku lat niepodzielnie rządzą bobry, których ślady bytowania możemy odkrywać na całej długości wału. O tym, że jesteśmy w rezerwacie informują nas tablice tematyczne. Do rezerwatu nie wolno wchodzić z psami. To niesprawiedliwe, rozumiem, że muszą być na smyczy, ale zakaz wstępu łamiemy i idąc zgodnie z wyznaczoną palikami ścieżką docieramy na plażę. Na horyzoncie morze i łacha utworzona przez niesiony rzeką piasek. Tam właśnie można zobaczyć odpoczywające foki, ja ich niestety nigdy nie widziałam:(. Dalej wędrujemy brzegiem morza i opuszczamy plażę wyjściem numer dwa. Tym razem się zgubiłyśmy, omyłkowo wychodząc „trójką”. Droga powrotna biegnie przez las. Przejście zajęło nam prawie trzy godziny, ale okolica jest tak urocza, że przykro było wracać do domu.

Gdzie nas nogi i łapy poniosą – Sulęczyno/Kłodno

Kiedyś usłyszałam taką opinię, że najgorzej odwiedzić nowe miejsce w czasie deszczowego dnia lub w nocy, wtedy na pewno nam się nie spodoba. Także postanowiłam, w miarę możliwości, trzymać się tej zasady. Dlatego w pochmurną i zamgloną sobotę wybrałyśmy się do Sulęczyna, a dokładniej do Kłodna nad jeziorem Mausz. Od kilkunastu lat moi rodzice mają tam malutki, letniskowy domek na terenie dawnego ośrodka wczasowego, ale już wcześniej przyjeżdżaliśmy tam na wczasy lub na wycieczki. Okolica jest piękna. Las głównie sosnowy, ale bardziej różnorodny niż bór, duże jezioro i gęsta sieć leśnych dróg, dróżek, ścieżek i duktów. Przybywa oczywiście turystów, domków letniskowych i całorocznych, ale poza sezonem jest prawie bezludnie. Mamy w Kłodnie taką swoją trasę, której przejście zabiera nam około dwóch godzin. Najpierw wędrujemy lasem, a potem wracamy nad jeziorem. Asia założyła pas do dogtrekingu, zapięła Loba i „ruszyła z kopyta” do przodu, a ja prawie musiałam biec, i jeszcze próbowałam robić zdjęcia. Lobo niestety na dłuższych trasach pozostaje na smyczy, ponieważ spuszczony porusza się tak dynamicznie, że po chwili już kuleje (już wspominałam, że ma kłopoty z łapą). W sumie to był taki czarujący dzień, las spowijały mgły, mech raził zielenią, miejscami leżała gruba warstwa śniegu, było cicho i bezwietrznie. We mgle dojrzałyśmy parę jeleni, patrzyły na nas zaskoczone widokiem ludzi i psów o tej porze roku. W krótkie zimowe dni leśne zwierzęta są bardzo aktywne, pewnie dlatego, że świt prawie zlewa się ze zmierzchem, a one muszą więcej wędrować, żeby zaspokoić głód. Okolice Kłodna są urokliwe o każdej porze roku i do odwiedzin nie powinna zrażać nawet pogoda.